niedziela, 5 maja 2019

Emocja pierwsza- zagubienie.

- Krzysiek, pospiesz się, zaraz wychodzimy!- krzyczał mój brat, zapinając marynarkę. Przejrzałem się ostatni raz w lustrze- facet pod trzydziestkę, z bujnym jeszcze włosem i lekkim zarostem. Zbyt zabawny żeby się smucić. Zbyt poważny żeby drwić z życia. Puściłem oczko temu gościowi, by choć trochę się rozluźnił. Czarne oczy błysnęły szaleńczo, wywołując niemrawy uśmiech na wykrzywionych wcześniej ustach.

- A Justyna?- spytałem, stając obok starszego brata. Jak zwykle nienaganny, pan idealny. Nawet teraz, gdy włosy w kilku miejscach zaczęły się mu przerzedzać, a pierwszy siwy włos wyskoczył z tyłu głowy, był tym przystojniejszym.  
- Dojedzie z dzieciakami. Muszą jeszcze spakować jedzenie, a my weźmiemy prezenty- stwierdził, zupełnie jakby mówił „dzień dobry”. W jego ustach wszystko brzmiało przekonywująco.
Dziarskim krokiem wyszliśmy z mojego kieleckiego mieszkania, które od kilku dni dzieliłem z bratem i jego rodziną. I pojechaliśmy na kolejną klubową Wigilię, przygotowaną przez prezesów Vive.

Prowadząc samochód z zawrotną prędkością, czyli tak jak lubię, oddałem się rozmyślaniom, raz po raz zerkając na równie nieobecnego Marcina. Z każdym rokiem stawał się coraz bardziej stateczny, przyjmował patriarchalną pozę, upodabniając się do ojca. Ale właściwie on zawsze był jak jego lustrzane odbicie. Wszystko pod kontrolą, idealnie zaplanowane. Cudowna żona, dwójka wspaniałych dzieci, wyśmienita kariera, powrót do ojczyzny i trenerskie plany na najbliższe lata. I pomyśleć że gdyby tamtej nocy nie poszedł na dyskotekę, nie spotkałby Justyny… Czysty przypadek!

A ja… nie zakocham się. Już nigdy więcej.
To było moje motto od czasu ostatniego rozstania, od kiedy zostawiła mnie Dominika, by móc rozwijać swoją karierę zagraniczną.
- Cholera jasna!- zaklął pan idealny, widząc stojący przed nami sznur samochodów- zachciało im się blokad akurat dzisiaj!
- Uspokój się. Widocznie był jakiś wypadek- uciszam go gestem ręki i wyłączam silnik, idąc za przykładem innych. Stoimy tak kilka minut, a czas leci. Wyciągam telefon i wybieram odpowiedni numer.
- Dzidzia? Spóźnimy się, stoimy w gigantycznym korku- informuję przyjaciela, który odpowiada swoim wyważonym basem że poczekają.

Dym unoszący się z daleka wywołał poruszenie wśród kierowców. Wiedziony nagłym impulsem, złapałem kurtkę, wyskoczyłem z samochodu i pognałem w stronę pożaru. Nie słyszałem zaniepokojonego moim szaleństwem Marcina. Dopiero gdy dotarłem do miejsca zdarzenia, zrozumiałem swój błąd. Wozy strażackie z włączonymi syrenami oślepiały i ogłuszały. Ogólne zamieszanie i poruszenie. Płonący dom kultury i wynoszone z niego niepełnosprawne dzieci. To był przerażający widok. Zebrany tłumek gapiów stał, komentując poczynania strażaków. Zirytowany bierną postawą kielczan, podszedłem do jednego z, jak mi się wydawało, kierujących akcją i spytałem czy nie trzeba im pomocy.
- A idź mi pan stąd, zaraz będzie po wszystkim- machnął na mnie ręką i odwrócił się do kobiety z włosami w kolorze blond, stojącej obok niego- to już wszyscy, Zu?
A ona tylko skinęła głową, i objęła się szczelnie ramionami. Niezapięta kurtka, bez czapki, zaróżowione od mrozu policzki, łza spływająca po policzku… Analizowałem te obrazki w swojej głowie, stojąc zażenowany jak kołek pośrodku akcji ratunkowej.
-Nie martw się, już po wszystkim- facet podszedł do niej i objął ramieniem. Dopiero teraz, zza jego pleców, spojrzała w moją stronę, po raz pierwszy zauważając że tu stoję. Spojrzenie smutnych oczu przeszyło mnie na wskroś, wprawiając w jeszcze większe osłupienie. A potem odwróciła się i poszła w stronę ambulansów, gdzie kłębili się ratownicy medyczni i lekarze. Tyle ją widziałem. Gdy już było po wszystkim, udałem się wolnym krokiem do samochodu, gdzie rozhisteryzowany Marcin zrobił mi braterską pogadankę. Nie słuchałem go. W głowie miałem tylko smutne, niebieskie oczy.

*

Zaniepokojone twarze naszych przyjaciół powitały nas od progu sali bankietowej. Justyna rzuciła się w naszą stronę, prosząc o wyjaśnienia.
- Krzysiek chciał zabawić się w bohatera i pobiegł do strażaków, gotów wdziać odblaskowy kitelek- wyjaśnił ironicznie Marcin, próbując obrócić w żart całą sytuację. I jak zawsze mu się udało. Rozluźnieni zasiedliśmy do wspólnej kolacji, przekomarzając się i ciesząc własnym towarzystwem. Jedynie Dzidzia zauważył że jestem lekko nieobecny. Ale to przecież on znał mnie najlepiej. A na jego pytanie czy ktoś umarł, odpowiedziałem:

- Prawie. Zostałem rażony piorunem, stary. 

~*~

No i dobra, w końcu mam to na dysku, więc uznałam że Wam to pokażę, po co ma leżeć nieczytane :)Jakby ktoś chciał pogadać, to wróciłam na ask i gg, 46558143
Nowy rozdział również na konsolidacji wspomnień.
Całuję z wietrznej Islandii, S. :*


1 komentarz:

  1. Ale niespodzianka! Po stokroć jestem i cieszę się, że wróciłaś! I to jak :3

    OdpowiedzUsuń

O mnie

Moje zdjęcie
"Gdzieś to czytałam, albo mi się śniło- chmiel na bezsenność, a sen- na bezmiłość"