- Krzysiek, pospiesz się, zaraz wychodzimy!- krzyczał mój
brat, zapinając marynarkę. Przejrzałem się ostatni raz w lustrze- facet pod
trzydziestkę, z bujnym jeszcze włosem i lekkim zarostem. Zbyt zabawny żeby się
smucić. Zbyt poważny żeby drwić z życia. Puściłem oczko temu gościowi, by choć
trochę się rozluźnił. Czarne oczy błysnęły szaleńczo, wywołując niemrawy
uśmiech na wykrzywionych wcześniej ustach.
- A Justyna?- spytałem, stając obok starszego brata. Jak
zwykle nienaganny, pan idealny. Nawet teraz, gdy włosy w kilku miejscach
zaczęły się mu przerzedzać, a pierwszy siwy włos wyskoczył z tyłu głowy, był
tym przystojniejszym.
- Dojedzie z dzieciakami. Muszą jeszcze spakować jedzenie, a
my weźmiemy prezenty- stwierdził, zupełnie jakby mówił „dzień dobry”. W jego
ustach wszystko brzmiało przekonywująco.
Dziarskim krokiem wyszliśmy z mojego kieleckiego mieszkania,
które od kilku dni dzieliłem z bratem i jego rodziną. I pojechaliśmy na kolejną
klubową Wigilię, przygotowaną przez prezesów Vive.
Prowadząc samochód z zawrotną prędkością, czyli tak jak
lubię, oddałem się rozmyślaniom, raz po raz zerkając na równie nieobecnego
Marcina. Z każdym rokiem stawał się coraz bardziej stateczny, przyjmował
patriarchalną pozę, upodabniając się do ojca. Ale właściwie on zawsze był jak
jego lustrzane odbicie. Wszystko pod kontrolą, idealnie zaplanowane. Cudowna
żona, dwójka wspaniałych dzieci, wyśmienita kariera, powrót do ojczyzny i
trenerskie plany na najbliższe lata. I pomyśleć że gdyby tamtej nocy nie
poszedł na dyskotekę, nie spotkałby Justyny… Czysty przypadek!
A ja… nie zakocham się. Już nigdy więcej.
To było moje motto od czasu ostatniego rozstania, od kiedy
zostawiła mnie Dominika, by móc rozwijać swoją karierę zagraniczną.
- Cholera jasna!- zaklął pan idealny, widząc stojący przed
nami sznur samochodów- zachciało im się blokad akurat dzisiaj!
- Uspokój się. Widocznie był jakiś wypadek- uciszam go
gestem ręki i wyłączam silnik, idąc za przykładem innych. Stoimy tak kilka
minut, a czas leci. Wyciągam telefon i wybieram odpowiedni numer.
- Dzidzia? Spóźnimy się, stoimy w gigantycznym korku-
informuję przyjaciela, który odpowiada swoim wyważonym basem że poczekają.
Dym unoszący się z daleka wywołał poruszenie wśród
kierowców. Wiedziony nagłym impulsem, złapałem kurtkę, wyskoczyłem z samochodu i
pognałem w stronę pożaru. Nie słyszałem zaniepokojonego moim szaleństwem
Marcina. Dopiero gdy dotarłem do miejsca zdarzenia, zrozumiałem swój błąd. Wozy
strażackie z włączonymi syrenami oślepiały i ogłuszały. Ogólne zamieszanie i
poruszenie. Płonący dom kultury i wynoszone z niego niepełnosprawne dzieci. To
był przerażający widok. Zebrany tłumek gapiów stał, komentując poczynania
strażaków. Zirytowany bierną postawą kielczan, podszedłem do jednego z, jak mi
się wydawało, kierujących akcją i spytałem czy nie trzeba im pomocy.
- A idź mi pan stąd, zaraz będzie po wszystkim- machnął na
mnie ręką i odwrócił się do kobiety z włosami w kolorze blond, stojącej obok
niego- to już wszyscy, Zu?
A ona tylko skinęła głową, i objęła się szczelnie ramionami.
Niezapięta kurtka, bez czapki, zaróżowione od mrozu policzki, łza spływająca po
policzku… Analizowałem te obrazki w swojej głowie, stojąc zażenowany jak kołek
pośrodku akcji ratunkowej.
-Nie martw się, już po wszystkim- facet podszedł do niej i
objął ramieniem. Dopiero teraz, zza jego pleców, spojrzała w moją stronę, po
raz pierwszy zauważając że tu stoję. Spojrzenie smutnych oczu przeszyło mnie na
wskroś, wprawiając w jeszcze większe osłupienie. A potem odwróciła się i poszła
w stronę ambulansów, gdzie kłębili się ratownicy medyczni i lekarze. Tyle ją
widziałem. Gdy już było po wszystkim, udałem się wolnym krokiem do samochodu,
gdzie rozhisteryzowany Marcin zrobił mi braterską pogadankę. Nie słuchałem go.
W głowie miałem tylko smutne, niebieskie oczy.
*
Zaniepokojone twarze naszych przyjaciół powitały nas od
progu sali bankietowej. Justyna rzuciła się w naszą stronę, prosząc o wyjaśnienia.
- Krzysiek chciał zabawić się w bohatera i pobiegł do
strażaków, gotów wdziać odblaskowy kitelek- wyjaśnił ironicznie Marcin,
próbując obrócić w żart całą sytuację. I jak zawsze mu się udało. Rozluźnieni
zasiedliśmy do wspólnej kolacji, przekomarzając się i ciesząc własnym
towarzystwem. Jedynie Dzidzia zauważył że jestem lekko nieobecny. Ale to
przecież on znał mnie najlepiej. A na jego pytanie czy ktoś umarł,
odpowiedziałem:
- Prawie. Zostałem rażony piorunem, stary.
~*~
No i dobra, w końcu mam to na dysku, więc uznałam że Wam to pokażę, po co ma leżeć nieczytane :)Jakby ktoś chciał pogadać, to wróciłam na ask i gg, 46558143
Nowy rozdział również na konsolidacji wspomnień.
Całuję z wietrznej Islandii, S. :*
No i dobra, w końcu mam to na dysku, więc uznałam że Wam to pokażę, po co ma leżeć nieczytane :)Jakby ktoś chciał pogadać, to wróciłam na ask i gg, 46558143
Nowy rozdział również na konsolidacji wspomnień.
Całuję z wietrznej Islandii, S. :*

Ale niespodzianka! Po stokroć jestem i cieszę się, że wróciłaś! I to jak :3
OdpowiedzUsuń